Duch NIGHT AIR w nowym Przybylskim


Night Air porwało moje serce. Prostota, "Mariuszowa" tradycja z inteligentną kompozycją świeżości, jakby sierpniowy wschód słońca.

Wild at Heart mnie intrygowało, mimo oprawy graficznej zaproszenia, które wyglądało, jak wyglądało...

Dzikość serca przemawiała do mnie zwierzęcym rykiem, akcentami zbyt dosłownej dzikości, (nie serca, a egzotyki) - nie pytajcie, dlaczego.

Dzikość nie dostałem (może nie odczułem), ale już do prawdy domagając się zwierząt, to kilka piór ptactwa ozdobnego, faktycznie udało mi się zauważyć.
Dostałem za to sylwetki z Night Air (chyba powinienem być zadowolony, przecież były takie dobre). Historia już jakby widziana, niczym modowe déjà vu.
Początek kolorowy. Tęcza uchodząca przez pastelowy pryzmat, później chyba spalona - połyskujący węgiel za sprawą licznych aplikacji w postaci pierdolniczków Svarovski. Był też granat, wytłoczony efektywnie na formach dość różnych.

 Znalazłem jednak kilka sensownych deformacji, wymagających uznania form, które z trudem reanimują poziom nowatorskości.
"Kolorowy raj"; "Idealna pod każdym kątem"; "Genialne" - czytam na tych całych "blogach modowych", wyroczniach dzisiejszych trendów, czy jak to się o tym mówi.

Mariusz serwuje nam porcję niewysublimowanych krojów, dopełnionych licznymi detalami. Propozycje idealne do połączenia z wszelakimi klasykami. Problem jeden pozostaje w mej głowie - gdzie nuda się zaczyna, a kończy wierność "sobie"?

Być może to z moją opinią jest coś nie tak. Może już nie wypada wymagać od ludzi, którzy lansowali swoje nazwisko w programach telewizyjnych, wykładają swoją wiedzę innym, od mistrza konstrukcji (którym Mariusz niewątpliwie jest).


Pomijając moje pierdu-pierdu, wiem że niewątpliwie będzie to jedna z najbardziej sprzedażowych kolekcji z metką Mariusz Przybylski. 
Ludzie to kupią i kupiłbym też ja, ale nie do końca przekonuje mnie forma płaszcza oglądana od czasów Cold love.



Fot. Filip Okopny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz